tomi-803 blog

Twój nowy blog

;)

43 komentarzy

no tak. Sylwester ;) żegnamy Stary i wchodzimy w Nowy Rok ;) noc tę, wyjątkową, spędzam w domu, w towarzystwie babci i dziadka ;) powtórka z rozrywki z lat wcześniejszych, wykluczając rok poprzedni ;)

(wszyscy mnie wydymali i nikt nie zaprosił :P, Borty jedne, no! [mądrala, ale sam nie chciałem nic zorganizować :P])

właściwie to nie mam nic przeciwko. ma to w sobie coś niezwykłego ;) wiem, że kiedyś, w dalekiej przyszłości, już nie będę w taki sposób spędzał Sylwestra: w TV noc sylwestrowa z Drugim lub Pierwszym Programem Polskiej Telewizji Publicznej; dmuchanie balonów, sylwestrowa wyżerka; przed północą przysypianie Dziadków, a grubo po północy użeranie się, żebym poszedł wreszcie spać :P nie, nie, może tak tragicznie nie jest, jak wynika z tego telegraficznego skrótu, nie martwcie się :P jednakże ani trochę nie żałuję, a wręcz przeciwnie, całkiem się cieszę z takiego obrotu sytuacji ;)

przechodząc do podsumowania umykającego roku; cóż, mogę jedynie i ogólnikowo stwierdzić, że był bardzo udany. nauczył mnie wiele, spotkało mnie wiele przyjemnych, niezapomnianych chwil. długo go będę wspominał, bo spotkało mnie wiele dobrego i pięknego, a to, co było złe, wiele mnie nauczyło i dlatego również uznaję to za pozytyw ;) mimo tego wszystkiego nie żałuję, że kończy się ten, 2005 rok, gdyż wiem, że ten nadchodchodzący będzie jeszcze lepszy, czego i sobie i Wam z całego serca życzę ;)

Święta za pasem, już jutro Wigilia. dlatego, z okazji Świąt Bożego Narodzenia:

życzę samej radości, spełnienia wszelkich marzeń i realizacji planów, spotkania na swej drodze samych wspaniałych osób, mnóstwa niezapomnianych chwil oraz wszystkiego co najpiękniejsze i najlepsze;
spędzenia tych Świąt w prawdziwie rodzinnej i ciepłej atmosferze, by były niezapomniane przez długi czas…

brrrawo, brrrawo. tak, tak, bardzo proszę – nie wstydzić się. bijemy brawo! po 1,5 miesięcznym niepisaniu, zebrałem się, by napisac jakże pełną treści i inwencji twórczej notkę. coby opisać w kilku słowach, a nie mówić tego wprost, mój brak pomysłu na jakąkolwiek notkę. w tym celu posłużę się [dzieciakom z klasą(y) znanym] utworem Mirona Białoszewskiego „Namuzowywanie” ;P

Muzo
Natchniuzo
tak
ci
końcówkuję
z niepisaniowości
natreść
mi
ości
i
uzo

mówiąc w [krótkim ;P] skrócie – brak mi pomysłu na to, co mógłbym opisać (czyt. brak weny :P)

pokrótce mówiąc: humorek dopisuje, problemów jakotakich nie ma, niegdysiejsze rozwiązane, ewentualnie mają miejsce gorsze dni (gupia pogoda, gupie słońce, gupi żuczek, gupi wszyszcy, Ochne Dich ist alles doof :P [sheeep]), tak więc że w związku z tym no bo ponieważ: żyje się całkiem lekko, sielsko i anielsko ;) ;P o! :P

i pozdrawiam, e!(było o, to teraz e :P)

w poniedziałek wróciłem z czegoś na kształt pielgrzymki. ja, dziewczyna trochę młodsza ode mnie, ksiądz i 46 starszych pań zebrało się do kupy, żeby pojechać na Kalwarię Zebrzydowską. wycieczka ta była właściwie kontynuacją i uzupełnieniem podobnej, w to samo miejsce, na której również byłem w kwietniu. poprzednio nie starczyło nam czasu, żeby wybrać się na dróżki Jezusa (coś w stylu Drogi Krzyżowej, tyle że 3 razy dłuższe, trwające 4,5h i mające 5 km długości), a na tej, z której wróciłem kilka dni temu, było to głównym celem podróży.

kiedy babcia zadzwoniła do mnie i powiedziała, że są wolne miejsca, bez zawahania odparłem, że na pewno jedziemy. a to dlatego, że spodobało mi się poprzednio tamto miejscei chciałem tam wrócić, ale też potrzebowałem stabilizacji duchowej, która została mocno zachwiana przez mości księcia Przemka i jego wywody :P

w podróży do Kalwarii, na samym początku, trochę mnie peszyły ciągłe śpiewy i modlitwy mocno wierzących staruszek, a to dlatego, że uważałem, że powtarzanie regułek jest nic nie warte. teraz patrzę na to nieco inaczej, trochę pełniej. miałem rację – wypowiadanie ciągu zdań modlitw, których się nie rozumie i mówi się, żeby mówić, rzeczywiście można wsadzić sobie w buty. chodzi o to, by każde słowo wypowiadać z przekonaniem do niego. jeśli się nie zgadzam, po chusteczkę to mówię. dla kogo? dla Boga? dla siebie? tracę czas.

wiele razy chciałem porzucić wiarę. ciągnęło mnie do innych wyznań, innych Bogów. sam się zastanawiam dlaczego. czy dlatego, żeby się wyróżniać? nie potrafiłem zawierzyć swojemu Bogu, a innym tak. z wieloma sprawami się nie zgadzałem. wiele nie podobało mi się w wierze. tak naprawdę jej nie rozumiałem.

teraz nieco poukładałem sobie wszystko w głowie. uznałem, że chrześcijaństwo jest pewnego rodzaju filozofią, stylem życia. gdyby nie pewne obowiązki przede wszystkim w stosunku do drugiego człowieka, życie byłoby bezładem, chaosem. wszystko ma pewne prawa, których należy przestrzegać. jednak czymże byłyby prawa, gdyby nie władza czuwająca nad ludźmi, rozliczająca nas z tego co złe, a co dobre. tą władzą jest Bóg, który wg chrześcijaństwa wie wszystko, a nagroda bądź kara spotka nas po śmierci. i tu rodzi się pytanie: czy Bóg wymyślił ludzi, czy ludzie Boga? wiecie co? wcale mnie to nie obchodzi. wierzę w Boga, w Jezusa, w Maryję. są to pewnego rodzaju wzorce moralne, które spotyka się wszędzie – w książkach, programach… wierzę apostołom – ludziom, którzy spisali dzieje Jezusa, Jego bóstwo, ale i człowieczeństwo. dlaczego miałbym nie wierzyć Skłodowskiej, Newtonowi, czemu miałbym nie zawierzyć naukowcom? też im wierzę na ‚słowo honoru’. większości ich odkryć nie sprawdzę, tak jak i nie potwierdzę historii, wierzę kronikarzom, a kronikarzami i byli apostołowie. doszedłem do wniosku, że wierzę w sam zalążek wiary. w jego embrion. bez powłoki, którą otoczył go Kościół. nie zgadzam się przede wszystkim ze średniowiecznymi doktrynami, kiedy to ludzie kościoła wierzyli, iż mogą mordować w imię Boga, zwalczać herezję śmiercią, uznawali się za wysłanników ziemskich Boga, który potrafi tylko karać i za wszelką cenę zjednywać ku sobie. wszelka cielesność była grzechem, praktycznie większość z czynów człowieka było grzechem. człowiek był z natury grzeszny. dla mnie to obłęd. obłęd w ciapki. dlatego nie uznaję doktryn średniowiecza. wierzę, że Bóg istnieje. JA wierzę, Wy nie musicie. On jest. jest wszędzie. przede wszystkim w drugim człowieku. jest naszym najlepszym przyjacielem. ufam, że POTRAFI ingerować w życie ludzkie, ale NIE JEST jego JEDYNYM wyznacznikiem. w przekroju czasów ludzie uznawali za Bogów Słońce, siłom natury przyporządkowywano kolejne bóstwa. i wierzyli w Bogów, bożków, bóstwa Egipcjanie, Rzymianie, Grecy, i to przez długi czas. czy tak, jak słońce było Bogiem i przeminął jego czas tak i stanie się z dzisiejszymi religiami? tego sam nie wiem. wierzę, że Bóg wysłał na Ziemię swojego syna, Jezusa. wysłał przede wszystkim człowieka. człowieka, który pokazałby dobry wzorzec, który nauczyłby ludzi miłości, miłosierdzia, dobroci, tego, co dobre. sprawił, by doznał i wielu krzywd, nie dlatego, że jest zły, a dlatego, żeby nikt nie mógł powiedzieć, że miał gorzej niż On. zobaczcie, nawet Ci, którzy nie wierzą w Boga, za każdą tragedię obwiniają Jego. jednak czy ludzie kiedykolwiek by się opamiętali? mimo wszystko trochę to tyrańskie, ale czy na pewno pochodzi to od Niego? przecież mało kto tak naprawdę w Niego wierzy. w takim razie odturlajcie się od Boga, do anielki jasnej. w dodatku potrafimy zauważać tyko te złe rzeczy. szkoda, ze mało kto potrafi dostrzec te dobre i za nie podziękować. ale ZAWSZE i we WSZYSTKIM jest łatwiej ponarzekać. kolejnym mankamentem stworzenia jest zło. przecież mogłoby go nie by i byłoby w porządku. no tak, ale czy wtedy potrafilibyśmy cieszyć się z dobra? nie znalibyśmy wyrazu dobro. mówilibyśmy codzienność.

['gdyby nie ciemności nocy, nie potrafilibyśmy radować się blaskiem poranka']

w kwestii samej wiary w Boga to chyba tyle. mimo tego wszystkiego co napisałem, wcale nie uważam, że nie ma innych Bogów. szanuję inne wiary, religie. cała religia dla mnie jest stylem życia, filozofią. (może to właśnie to oznacza, tylko po prostu tego nie wiem) wierzę w magię, w zdarzenia paranormalne, w świat równoległy i wszystkie te pierdoły. uważam, że wszystko ma w sobie choć ziarnko prawdy, ale tylko wtedy, kiedy naprawdę się w to wierzy. wychodzę z tego założenia, że wszystko się opiera na JAKIEJKOLWIEK i JAKKOLWIEK pojętej wierze. nie mogę potwierdzić wszystkiego na 100%. to są tylko PRZYPUSZCZENIA ludzi. świat wygląda inaczej dla kanarka, który widzi w ultrafiolecie, dla wiewiórki, która podobno ma tyko instynkt i dla nas. to jest nasze wyobrażenie o świecie. wyobrażenie, które jest kreowane przez mózg człowieka, przez nas – kupę flaków, żyłek i płynów. to wszystko działa, to myśli, chodzi, czuje, odczuwa, wymyśla… wszystko jest dla mnie ze wszechmiar niepojęte. dlatego pozostanie WSZYSTKO dla mnie zagadką nie do rozwiązania. i chyba to jest ta nutka tajemnicy, która jest pięknem tego świata (ad poprzedniej notki).

wracając do samej wycieczki, to myślę, że była udana. mimo tego, że na początku byłem osowiały (coraz częściej wśród obcych ludzi to mi się zdarza)i lekko speszony. jednak ta wycieczka wiele odmieniła. pomogła na nowo poukładać myśli; zrobić porządek we łbie, który się, nie wiedzieć czemu, w ostatnich dniach skołatał. trochę poprawiła humor, przede wszystkim w drodze powrotnej, kiedy to zamiast ‚godzinek’ kobitki wyśpiewywały ‚cichą wodę’, szła dzieweczka’, przeplatając z ‚abba Ojcze’, śpiewając refren po raz setny jakiejś innej piosenki religijnej, zahaczając o ludowe przyśpiewki. brakowało ‚majteczek w kropeczki’, ale chyba im już nie wypadało :P zabawną sytuacją (ale bardziej z punktu obserwatora, niż czytającego) był fakt, kiedy to ‚tył autokaru’ śpiewał po raz enty i wtóry refren ‚abba Ojcze’, ‚przód’, któremu przerwano ‚głęboką studzienkę’ odzywa się gromkim, śmiesznym, babcinym chórem ‚no ileż to razy w kółko to samo można śpiewać’ :P w dodatku przekomiczną sytuacją było to, że będąc na Franciszkańskiej 3 w Krakowie (kojarzycie, nie?) pewna uczestniczka (pochodząca z zapadłej wsi, mieszkająca w mało scywilizowanej części miasta, handlująca na rynku jajkami ‚prosto od kury’) zdjęła majty między samochodami, parkującymi przy ruchliwej ulicy i ulżyła swej potrzebie :P w ślad za nią poszły inne uczestniczki z grupy, z tym, że w Częstochowie, późnym wieczorem, oblewając parkan przy parkingu McDonald’sa ;) śmiałem się sam do siebie, kiedy to w autokarze, przez mikrofon, pani Maria – przewodniczka ‚stada’, dzwięcznym swym głosem inicjowała jakąś pieśń, a gdy zapomniało się jej tekstu, zastępowała go słowiczym ‚mhhhhmhhmm…’ ;) lub to, kiedy po zakończeniu ‚czy wy wiecie, że…’ pewna pani skwitowała melodyjnie – ‚czy wy wiecie, że mam głos jak baran’. do tej pory się zastanawiam czy to chodziło o nią, czy kwitowała panią Marysię. ;)

to, co spłodziłem o wierze, jest tylko moim subiektywnym zdaniem, ułożeniem sobie pewnych spraw i myśli i nie mam zamiaru nikogo do tego przekonywać ani też mówić, że mam rację. mogę jej oczywiście nie mieć, a to wynika z nikłej wiedzy teologicznej o temacie, a opiera się tylko i wyłącznie na moich doznaniach i myślach. a wycieczka mi się podobała ;) ;P i o! :P

heloł ;D

no tak, wakacje się skończyły, a ja jestem leń-parszywiec i nawet nie miałem najmniejszej ochoty, by zasiąść i coś skrobnąć.

mówiąc krótko i treściwie, nie zanudzając zbędnie słuchaczy, ujmę wszystko w MIARĘ kilku słowach.

od wakacji wiele się zmieniło i zmieniać się będzie. to nieuniknione, na to nie ma rady. wiele pytań pozostanie na zawsze bez odpowiedzi i idąc w myśl za Oscarem Wilde’em, którego książkę własnie czytam, to jest nutka tajemniczości tego świata, która jest jego pięknem. każdy będzie go postrzegał na swój sposób i ze swojego punktu widzenia.

dla mnie, najpierw, sprawa jest prosta – to jest piękne, cudne, boskie, sielskie i anielskie.

później, jest coś, co zawsze można zmienić.

takie moje różowe okulary.

co do samych wakacji, muszę stwierdzić, że to była najlepsza przerwa wakacyjna w moim życiu. wydarzyło się wiele fajnego i wesołego ;)
na pewno długo będe wspominał ten czas.

ale nie popadając w zachwyt tylko tymi momentami, zostawiam je na górnej półce pamięci, by mieć co wpsominać, ale lecimy dalej i nadal jest bardzo dobrze.

czas przyjemnie płynie, mam wiele zadań do wykonania. po ich zrobieniu/wyuczeniu/zorganizowaniu, będę naprawdę z siebie dumny :), a to niewątpliwie podniesie moją samoocenę.

nie wgłębiając się zbytnio w szczegóły i wszelkie aspekty moralne, duchowe, fizyczne, psychiczne i inne -ne tego trzymiesięcznego czasu, stwierdzam, iż jestem pełen chęci i zacięcia do pracy i życia ;)

mając przy sobie (i trochę dalej ;), ale blisko) moje światełka, nastrajam się w bardzo pozytywny sposób ;)

(korzystając z okazji – już mogę?, jestem na antenie?, a… tak, – gorąco je pozdrawiam ;)

w pozytywróżowookularowoboskim stanie, śmigam naprzód. oby tak dalej ;)

btw: ostatnio się dowiedziałem, że mój sposób myślenia ‚opatentował’ Horacy ‚lekutki’ kawałek czasu wstecz. borciuch jeden, zabrał mi pomysł na życie, no! :P

„(…) ponieważ jesteś typem cyklofrenika – raz hurraoptymizm, raz megamelancholia. (…)
Marek Wilk
mały-śmieszny

i wiecie co? to jest chyba najkrótsze, a zarazem najtrafniejsze określenie mojego samopoczucia i humoru.

taki to ja sobie jestem skrajnie emocjonalny.

ostatnio jednak ze mną jest tak, że właściwie wyzbyłem się wszelkich problemów. to, co do rozwiązania teraz, jest uczynione, to, co później – czeka w postaci okrojonej do tego stopnia, by późniejsze rozwiązanie było jeszcze prostsze.

zacząłem żyć. maksymalnie wykorzystuję to, co daje mi życie. dla mnie istnieje dobro i zło. staram się widzieć dobro, a złu się przeciwstawiać, a jeśli to możliwe – zmieniać na dobro lub po prostu go nie dostrzegać. (każde dla innej sytuacji)

mój niepoprawny optymizm wraca. jednak z każdym dniem staje się inny, mądrzejszy. JA staję się inny i mądrzejszy. z każdym dniem dorastam, dojrzewam, zmieniam się. to się cofnę i znów wracam. nierozwiązłość pewnego problemu będzie przyczyną tej mojej magmelancholii, ale może juz niedługo. wiecznie będzie huśtawka nastrojów, jak u każdego człowieka. nie jestem nikim specjalnym. (jestem sobie czeczkolakiem ;D) takie jest życie. moje jest takie samo. raz na wozie raz pod wozem, bo przeplata trochę zimy, trochę lata… ;)

tymczasem, wyjeżdżam na całe wakacje. nawet jeśli wrócę na pojedyncze dni, to wątpię, żebym miał ochotę coś tu skrobnąć. chociaż, niezbadane są wyroki Boskie… ;)

tak samo sobie, jak i Wam życzę wytrwałości w dążeniach, i dostrzegania tego, co dobre :)

howgh! ;P
cofam się.
cofam, idąc naprzód…

paradoks.

ja stoję? chyba tak…
ja stoję.
ja-stoję.

nie idę naprzód.

coś takiego uroiło się w mojej-małej-główce. coś, co chyba jest esencją mojego zachowania.

wydaje mi się, że wydarzenia ostatnich dni, skłoniły mnie do przyjęcia postawy obronnej. defensywnej. bezpiecznej.
wyczerpany desperacką walką z samym sobą o to, by wrócić do szczęścia, radości, jasności spraw i prawdziwości zachowań przybrałem taką postawę. nie-za-dużo, nie-za-szybko.

przez długi czas nie wiedziałem co mi dolega.

smutek, melancholia, cisza z moich ust, delikatny uśmiech. (uśmiech optymizmu i nadziei, które są we mnie zawsze, choć często trudnodostępne), które nierzadko przeradzały się w istną kurwicę, złość na cały świat, oburmuszenie. wszystko mi przeszkadzało, każdego mogłem pogryźć.

na dniach się zmienia, jak zawsze. chwila spokoju, poukładania myśli.

Słońce jest zawsze. zawsze dostrzegam Jego promyki i dążę ku Niemu.

jednak robi się to coraz trudniejsze.

wszystko się nagromadza. powstają niejasności, moje wydumania, ciągłe obawy o jutro, ‚jutro’, które przyjdzie za wiele lat. jednak boję się, że decyzje, które ‚dzisiaj’ podejmę, będą miały zbyt radykalny wpływ na moje ‚jutro’.

bądź człowieku mądry.

cofam się, nie idę naprzód.

mówiąc to, mam na myśli fakt, że wszystko powraca. takie stany były i są. jednak nie wiem dlaczego. wszystko mam niby poukładane. stoi pięknie, równo, w jednym rzędzie. każde na swoim miejscu. jednak jakiś chochlik robi mi na złość i zrzuca wszystko, zmienia kolejność. robi się bałagan.
nie mogę mieć mu za złe tego, że stawia przede mną wyzwania. chodzi mi o to, że ile razy można powracać do tego samego. do czegoś, co zostało odłożone ‚na później’. na coś, co potrzebuje czasu, by dojrzeć. jak stanę przed sytuacją wyboru, wtedy wybiorę. po co wcześniej.
może jednak to lepiej? być ubezpieczonym ‚na zapas’. coby nie popełnić głupoty. sam nie wiem. po(sz)czekam.
są przejaśnienia na moim niebie. Słońce staje w coraz to większej krasie. w horoskopie było napisane, żebym poczekał do końca tygodnia. chore, ale zawierzę mu.
tak, jak wierzę w Boga, wierzę w magię, siły nadprzyrodzone i inne różne bajery. tak naprawdę nikt do końca nie zna świata. uczeni potrafią go zapisać w formie definicji. nikt jednak nie wie, nie może pojąć tego, co kryje on naprawdę. poza suchą definicją. teza szaleńca?

jeszcze trochę, na wszystko potrzebuję czasu. jednak sam czas nie wystarczy. potrzebne są i czyny.

może nie w pełni przekonany z ich słusznością, idę dalej. czynię. czy dobrze? to się okaże. od czegoś trzeba zacząć. ‚nie od razu Rzym zbudowano’. trzeba obrać znów jakiś kierunek.

czuję, ze będzie to kierunek w stronę zmian. do nowego etapu. nie mogę się go doczekać. ale żeby wejść na górę, trochę schodków muszę pokonać,

a ‚Idąc przed siebie, nie zajdziesz daleko’

po raz kolejny pełen nowych pomysłów na zmiany, z siłą i chęcią do brnięcia dalej, choć nie w pełni oczyszczony i uwolniony od nagromadzających spraw, brnę… idę dalej. przed siebie, ale juz nie tępo wpatrzony. po jakiejś drodze. drodze, która się na bieżąco brukuje…

jak zwykle najtrudniej jest mi zacząć. zacząć potok myśli ubieranych w słowa. problem jak dobrać kreacje, by były nieskazitelne, idealne…

‚najprzód’ powiem tyle, że to, co tu piszę będzie skomplikowane i zagmatwane otóż z jednego, zasadniczego powodu – takie stało się ostatnio moje życie.

w tym wszystkim jednak ja jestem pogodny, radosny i szczęśliwy. traktuję to jako kolejne wyzwanie – teraz wiem, ze to jest wyzwanie.

właściwie znam juz wyjście z sytuacji, jednak wszystko po kolei, może natrafię na nowe spostrzeżenia.

w wielu sytuacjach swoiście się pogubiłem. wiele rzeczy okazało się innych, niż przypuszczałem, pokazało inne oblicze. raz lepsze, raz gorsze. w innych natomiast, poszerzył się zakres sytuacji, zdarzeń i gubię się w faktach. dużo robi się niejasności, niedomówień, których nie znoszę.

smaczku dodaje fakt, iż staję się realistą. pfuj. mój niepoprawny optymizm bardzo mi odpowiadał. coby rozwiązać ten problem, postawię na złoty środek. będę optymistą ze zważaniem na otaczające realia. jak wyjdzie? się okaże.

pogodzę się z tym, że wszystko ma dwie strony. ja jednak będę dążył u siebie do tego, by nie była to dwulicowość, a nie obnażanie siebie całego.

no tak, i w natłoku myśli, że jest tak wiele spraw, które trzymają mnie w zamknięciu mojego schronienia, gdzieś w głębi duszy (bowiem ostatnio nie angażuję się w płynące wokół życie. nie rozwiewam wątpliwości, czekam co czas pokaże. czerpię z życia tylko to, co dobre. jednak czuję, że taka postawa jest syntetyczna. czuję, bo taka jest. chwilowo wolałem zejść do bezpiecznego miejsca w mym ciele, tam, gdzie wszystko jest jasne i poukładane. taki trzon, który stanowi moją podstawę. tam czuję się bezpieczny. będąc tam, widziałem jakby przez szybę pędzące sprawy, myśli, uczucia. każdemu odpowiadał inny kolor wiązki, a wszystkie nitki krzyżowały się, splatały, kręciły, a wszystko przemykało wokół mnie. ja czekałem…)

teraz wychodzę na wierzch. nie będę bawił się w podchody jak dotychczas. wychodzę cały. otwieram drzwi mojego schronienia. chwila odpoczynku, wytchnienia dobrze mi zrobiła. czas wyjść z pustelni i otworzyć się na ludzi. naprawić to, w czym dostrzegłem usterki. taki plan na najbliższy czas.

i oto po raz kolejny przekonałem się jak wiele daje mi pisanie tutaj. sama rozmowa z samym sobą już nie wystarcza. wszystkie wnioski i spostrzeżenia, gdy znajdą swe ujście tu na blogu, otwierają przede mną nowe horyzonty, większe pole do ułożenia wszystkiego w logiczną całość, aż w końcu znalezienia skutecznego rozwiązania.

muszę tu podziękować za to Indorkowi :*, bo to Ona molestuje mnie o skrobnięcie czegokolwiek oraz Klusce :* , bo to Ona zmotywowała mnie swoją postawą do tego, by rzeczywiście coś się tu znalazło.

prawdopodobnie teraz, gdy lżej mi na duchu i ciele, gdy czuję, ze więzy, które krepowały moje najlepsze uczucia, spadły zalegnie znów tu głucha cisza.

jednak to mam nadzieję, że w większej części usprawiedliwi ten cytat:

‚Wykorzystaj tę chwilę, dla niej warto odłożyć to mniej ważne na bok, żyj, bo to Twoja chwila.’*

tymczasem idę korzystać z mojej chwili. jednak, żeby być zgodnym z samym sobą i nie opuszczać tego, nie zapominać o tym miejscu, wrócę tu w najbliższym czasie z pomyślnymi nowinami. obiecuję :)

ahoj przygodo! ahoj życie! ;)


*znalezione i opublikowane przez Dee; ja tylko wykorzystuję ;)

chęci miałem od dawna, ale nigdy nie mogłem znaleźć dogodnej-dla-siebie-okazji. wreszcie jednak nastał owy czas i po długiej przerwie powracam do blogowego życia :)

ostatnio się zabierałem, by coś skrobnąć, ale multum myśli zniweczył moje plany. właściwie do tej pory nie wiem jak ubrać tyle myśli i wydarzeń w słowne kreacje. powolutku, po kolei – aż do celu ;) zobaczymy co ślina na język (czyt. palce) przyniesie.

patrząc ogólnikowo, na całokształt – wiele się mimo wszystko nie zmieniło. jak uważałem, że radość i piękno jest wszędzie, a wszystko w rezultacie końcowym ma pozytywne skutki, tak uważam. kroczę przez życie szczęśliwy ciągle doskonaląc w moich poczynaniach i myślach. raz wychodzi to lepiej, raz gorzej. niekiedy reperując jedną rzecz, sprawę, zawalam drugą. dziś nie jest to powód do załamania, a wręcz przeciwnie – do dalszej pracy nad sobą. pewnych rzeczy już nie odzyskam, pewne bardzo dojrzały; świat się zmienia, ludzie się zmieniają, ja się zmieniam, dojrzewam paradoksalnie dziecinniejąc przy tym.

pracy nad sobą jest dużo, bo pewne dawne przyzwyczajenia wracają, co na przykład dziś zauważyłem. zawsze wtedy, kiedy widzę w sobie małe zaczepne dziecko lat osiem coś mnie drze. ile razy to samo dostrzegałem, a ile razy uważałem, że się tego wyzbyłem? jak widać powraca, a coś z tym trzeba zrobić. trzeba się wziąć za siebie definitywnie i stanowczo. (swoją drogą: ciekawe ile razy jeszcze to powiem :P, mam nadzieję, że pod tymi względami raz ostatni powiadam.)

ostatnie dni, bliższe tygodnie pod względem silniejszej pracy nad sobą były raczej ubogie. właściwie pewne sprawy (a znaczną ich większość) oddałem biegowi czasu. może to dobrze, może i źle. rezultat jest dobry – zauważyłem co dalej robię w sposób taki, jak nie powinienem. nauczyłem się także doceniać. jak zwykle wtedy, kiedy coś tracę. ale wynik znów jest dobry; trafiłem na właściwe osoby, z którymi można wiele wyjaśnić, a poza tym dostrzegam ile one dla mnie znaczą.

na tym jednak się nie kończy. są i inni, których po raz wtóry i enty zaniedbałem. w niektórych przypadkach – zbyt. jak już wcześniej wspomniałem pewnych rzeczy prawdopodobnie odzyskać się nie da. muszę zadowolić się skromną chatką, a nie pałacem. jednak warto napomknąć, że może to być bardzo przyjemne i przytulne schronienie. mogę być pełnym nadziei, że inwestując bardziej zyska miano domostwa, a później zobaczymy… co będę planował. chęci i plany to dwie różne rzeczy. stawiając nowe fundamenty nie myślę o tym, co znajdzie się na dachu. co będę dzielił skórę na niedźwiedziu. spróbujemy – czas pokaże.

w dodatku ostatnio poznałem wspaniałych ludzi. niby przez Internet, ale jak mówi łacińskie przysłowie „amicus certus in re incerta cernitur”. znów mogę być tylko pełnym nadziei i powiedzieć „oby”.
(pozdrowienia dla Przemka, Pojebanego, Szyny i całej rzeszy ‚wiernych’ ;) )

w ramach psychicznego lenistwa ostatnich dni, nie dałem wytchnienia przyjemnościom. poużywałem sobie i nader często jeździłem na zakupy – czynność, którą mimo mej płci uwielbiam ;) nie zawsze wracałem z torbami, ale mimo tego, że nogi me ledwie żyły po przejściu kilometrów hal, a często złość z nic-nie-kupienia-sobie we mnie wrzała, to w końcu, zakupy po zakupach, kupiłem to, co musiałem kupić (z wielu rzeczy po ludzku powyrastałem) i kilka rzeczy – bo-mi-się-zwyczajowo-podobały ;) po wielu negocjacjach z moim kompanem w podróżach – mamą – udało się dojść do porozumienia pomiędzy jej zdaniem i moim, i kupiłem to, co spełnia jej wymogi, a mnie się podoba ;) ogólnie – jestem zadowolniony :) nawet bardzo bym rzekł :)

coby się nie wydawało, że jest tak nader kolorowo w mej duszy, to powiem, że borykam się wciąż i stale z moim odwiecznym problemem. mianowicie jest to choroba na ‚cudze życie’. tak, tak, jak większość ludzi po obejrzeniu filmu, kreskówki, przeczytaniu książki, a u mnie i nawet przybrało to postać tego, że po zobaczeniu osoby, pragnę mieć życie właśnie takie jak ona. jednakże nowatorskim osiągnięciem jest fakt, że nauczyłem się postrzegać te sprawy w inny, a nawet i ‚szybszy’ sposób. polega to na tym, że nie patrzę już zazdrośnie na życie osoby i albo przez jakiś czas chcę być dokładnie taki jak ona, albo szybko uświadamiam sobie, że ja mam swoje – niepowtarzalne życie. teraz wygląda to w ten sposób, że, pewnie, jestem świadomy swojego życia, ale jeśli coś w kimś mi się podoba i rzeczywiście jest zgodne z moim życiem (a jeśli nie, to cieszę się, że istnieją fajni ludzie, ale to nie dla mnie), to czemu nie, zapożyczam to, co mi odpowiada. ot taka dojrzałość, z której jestem nader dumny ;) (wiem, troszkę nakręciłem, ale wczytując się dobrze można zrozumieć przesłanie :P)

natomiast w ‚życiu ucznia’ idzie mi nie najgorzej, acz uważam, że jak na moje możliwości, mogłoby być dużo lepiej. boję się, że moje zaprzysiężenia odnośnie średniej powyżej 5.0 bez czwórek spełzną na niczym ;) nic nie prorokuję, bo nawet własnych ocen nie znam, co jednak nie zmienia faktu, że mógłbym się nieco bardziej przyłożyć ;) optymistycznie w świat patrząc – jeszcze około 1,5 miesiąca na poprawy i uruchomienie ‚swoich-ładnych-oczu’ :P

jeszcze wczoraj wprost upał, a dziś deszcz. jednak nie jest mi zbyt smutno z tego powodu, bo deszcz jest i potrzebny, i piękny. tym bardziej jeśli dostrzegam w szarudze piękno i radość, co wpływa na dalszy dobry nastrój i chęć do działania.

poniekąd dobre nastawienie i wytrwałość w chwilach zwątpienia zawdzięczam czemuś, co jest jeszcze piękniejsze niż cisza. nie są to przyjaciele – ludzie, choć i oni wiele dokładają dobrego (:*), a jest to przyjaciółka – muzyka. opętała mnie ostatnio totalnie. towarzyszy nawet podczas kąpieli. pobudza do życia, często szybszego działania, sprawia, że po słowach piosenki na ustach gości szeroki uśmiech, a wygibasy, które przy niej wyczyniam ubawiają mnie do łez. dziękuję Ci o Wielki Człowieku Coś Wymyślił Muzykę.

kończąc na dziś podsumuję wszystko w ten sposób, że w dniach pozornego spokoju i niecnierobienia wydarzyło się wiele zarówno psychicznie, jak i materialnie; nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego niosąc za sobą wspaniałe myśli i doświadczenia. ‚wszystko i nic’. ale zawsze z pozytywnym rezultatem ;)

mam wiele postanowień. część nowych, część zreaktywowanych. mam nadzieję, że w niedługim czasie powiem: ‚to już zrobiłem, uporałem się, czas wziąć się za następne’. dojrzewam, dorastam, zmieniam się, oby w dobrym kierunku ;)

tymczasem serdecznie pozdrawiam ;)

kontynuujmy to wielkie dzieło.

  • RSS